
Kuc vs gender
Jest wieczór. Siedzę w swoim zarówno ulubionym jak i jedynym fotelu z kolejnym kubkiem kawy. Za oknem zimno i wyje lodowaty wiatr - orkan wciąż szaleje. Perspektywa spędzenia chociaż dziesięciu minut poza domem wydaje się tak upiorna, że część mnie - ta, która jest wrednym fiutem-rozważa zamówienie pizzy. Po chwili rezygnuję z pomysłu. Poprzedni dostawca był równym gościem, a ja nawet niespecjalnie jestem głodny. Przeglądam nieco znudzony kolejne serwisy i portale. Cisza i spokój nastrajają do drzemki. I tylko jedno słowo wciąż powraca do mnie jak bumerang. Pojawia się co chwila w kolejnych artykułach i felietonach, powraca z tych przeczytanych tygodnie i miesiące temu. Jedno małe słowo. Gender. Skoro to taki ważny interes społeczny, ten gender, to warto by się dokształcić. Trzy minuty i jedną stronę Wikipedii później na usta zaczęło mi się cisnąć pytanie, które stanowi jeden z filarów dzisiejszego tekstu. Czy ludzie już do reszty zidiocieli?
Zacznijmy od tego czym jest ów gender.
Jest to taka nauka o niczym. W dużym uproszczeniu odkrywa ona, że poza płcią rozumianą jako dong i wagina istnieje jeszcze płeć społeczno-kulturowa. W płeć społeczno-kulturową wlicza się zarówno fakt, że Arabia Saudyjska nie dopuszcza kobiet za kierownicę jak i różnica gustów między kobietami i mężczyznami. Zawsze myślałem, że fakt pierwszy to kwestia dyskryminacji, a drugi zwykłej, normalnej natury. Okazało się jednak iż to gender.
Ów gender nie skończył jednak na podpisaniu oczywistości nową nazwą. Ba, nie wystarczyło nawet uznanie, że dziewczynki nie chcą bić się kijami ze względu na uwarunkowania kulturowe lub presję społeczną. Gender postanowił to zmienić.
Nagle Michaś musi przebrać się za dziewczynkę. Niezależnie od tego czy chce czy nie chce. Musi poprzez behawioralną naukę - jak pies Pawłowa - zrozumieć, że mógłby. Pani przedszkolanka zgodnie z programem nauczania smaruje mu ręce Butaprenem i wciska w nie lalkę. Na wszelki wypadek, jakby nie chciał się bawić.
Paranoja? To nie wszystko.
Posłowie Ruchu Palikota chcą wprowadzić ustawę, która nie tylko chroni mniejszości seksualne (tak jakby nie robiła tego ustawa antydyskryminacyjna), ale i promować je w mediach i procesie edukacyjnym.
Tak, już wkrótce w szkołach podstawowych w ramach klasówki trzeba będzie dorysować kobiecie fujarę.
Jak widać Twój Ruch polega na ruszaniu biodrami w przód i w tył. Machając fiutem. W sukience. Na środku miasta. Taka ekspresja płciowa. Poprzednio chcieli chyba zalegalizować pukanie trzynastolatek.
Podwójna paranoja? To wciąż nie koniec. Została antropologia.
Jak nietrudno się domyślić gender - wciąż mutując by przystosować się jako teoria do nowych zagadnień - dotknął kwestii równości płci. Owocem tego namiętnego związku jest uznanie, że kobiety są gorsze, gdyż rodzą dzieci, podczas gdy mężczyźni zajmują się całą - ważniejszą - resztą.
Teoria ta jest tak namiętnie forsowana, że znalazł się nawet argument według którego brak równości wynika z możliwości rozrodczych na przestrzeni życia. Pocieszam się jedynie myślą, że wszystkie prace mówiące o tym są sprzed kilkudziesięciu lat. Przynajmniej te, które miałem siłę przeczytać. Być może to jakiś nieaktualny absurd, a ja popełniłem błąd w sztuce zbierania informacji. Patrzę codziennie na kobiety chodzące do pracy, wspominam i Margaret Thatcher i Carycę Katarzynę. Obserwuję kobiety, które nie chcą mieć dzieci i ich nie mają. Obserwuję kobiety, które posiadają potomstwo i dalej się realizują zawodowo czy jakkolwiek. Ba, znam i takie, które poświęciły żywota wychowaniu potomstwa.
I podziwiam wszystkie te trzy grupy. Tak samo. Nie widzę żadnej ujmy ani znamion dyskryminacji u kobiety, która zdecyduje się na 'zawód - matka'; która rozumie, że matka jest niezbędna. Nie widzę żadnych znamion wynaturzenia u kobiety, która nie lubi dzieci i woli się realizować dla samej siebie, której nie rusza pieprzenie o szklance wody na łożu śmierci. Nie wiem też co złego jest w kobiecie mającej dzieci i jednocześnie pracującej, wychodzącej do knajpy i uprawiającej wyuzdany seks z kneblem.
Nie widzę niestety też - w związku z powyższymi - odpowiedzi na pytanie:
O co więc w tej nierówności płciowej chodzi?
O to, że jedna z drugą idiotka wyjdzie za mąż za rodzinnego dyktatora, czy o to, że mnie nie wyrosła macica?
I pomyśleć, że pierwotnie gender - z tego co kojarzę - zwyczajnie określał jak społeczeństwo kształtuje podział ról i uprawnień pomiędzy mężczyznami i kobietami. Zastanawiam się czy nie istnieje jakaś gałąź socjologii badająca przebieg mutacji określonych koncepcji prowadzącej do ich kompletnego wynaturzenia.
Zastanawiam się też, czy nie zostać badaczem i nie ukuć teorii mammaler, według której różnice między ludźmi a owczarkami niemieckimi wynikają z presji społecznej. I wtedy będę oczekiwać prawa do srania na chodniku, lizania się po jajkach i szczekania na listonosza.