Czas niepokoju
S.E.S.J.A - Znowu Wszyscy Będą Wrzucać to Suche, Stare i Nieśmieszne Rozwinięcie Akronimu.
Tak jest zawsze.
Jeszcze wczoraj dało się usłyszeć spóźnione, cudem odnalezione w kieszeniach petardy. Dziś panuje cisza przerywana jedynie przewracaniem ryz papieru. Kalendarze zapełniają się nagle datami kolokwiów, dyżurów i konsultacji. Każdy kolejny ślad tuszu oznacza zmniejszenie o kilka godzin i tak zmarginalizowanego już czasu na sen.
To zabawne.
Każdego roku mamy świadomość zbliżającej się sesji, a zawsze jej otwarciu towarzyszy zaskoczenie.
Później szok mija, jego miejsce zajmuje desperacka wola walki. Tygodnie przestają dzielić się na dni, a nowymi jednostkami czasu są partie rozpaczliwie pochłanianej wiedzy i kolejne skreślone terminy zaliczeń.
Każdą taką 'nową dobę' kończy trwający trzy, czasem niemal cztery godziny sen. Sen, który nie służy nawet odpoczynkowi. Jest tylko małą przyjemnością; można leżeć bezczynnie i nie walczyć z sennością. Nie myśleć o tym, że za moment walka z samym sobą i rosnącym wyczerpaniem wybuchnie na nowo.
To pewne.
Przychodzi w końcu moment, w którym człowiek przekracza granice, zarówno własnych możliwości jak i równowagi. Wycieńczenie staje się integralną częścią osobowości. Umysł zmuszany przez cały czas do katorżniczej pracy, oszukiwany kofeiną i płytkim, wynaturzonym snem zaczyna odrzucać wiedzę, przyswojenie każdego nowego zdania graniczy z cudem. A jednak cuda się zdarzają, jeden po drugim, wymuszane przez człowieka tkwiącego w czymś pomiędzy letargiem i chorobliwością.
To zawsze następuje.
Człowiek nie pamięta już zapachu ulubionej knajpy, czy ulic w środku nocy. Wspomnienie normalnego życia staje się nie tylko odległe, ale i nierealne, oniryczne. Trans się pogłębia, a cały świat zostaje sprowadzony do wahadła płynącego od stert notatek do kolejnych zaliczeń. Człowiek wydaje się taki spokojny w tej autohipnozie. I tylko zbyt gwałtowne, czasem rozrywające stronę skreślenia kolejnych nazw zajęć z listy wskazuje na stan w jakim się znajduje.
To zawsze w końcu mija.
Przychodzi dzień, w którym wszystko się kończy. Dzień, który powinien zostać wypełniony okrzykami radości. Okrzyki te jednak nie przychodzą. Człowiek jest chory. Jest chory ze zmęczenia i nie umie od razu wyjść z katatonicznego otępienia. Siedzi wtedy bezmyślnie, irracjonalnie zaniepokojony tym, że nie ma przed oczami ryzy papieru; nie musi wiedzieć ani umieć. Jeszcze nie potrafi zrozumieć, że to już koniec. Musi minąć kilka dni, po których następuje szaleńczy bal. Byle zapomnieć, odreagować, nadrobić czas, wrócić do życia.
Tak jest zawsze.
Kuc Filolog, 9 stycznia 2014. 11:15. Literatura polska 1918-1944.