I jeszcze krótsza o czytelnictwie.
To jeden z tych tematów, które zawsze chciałem poruszyć. Chodził mi po głowie jeszcze zanim w ogóle powstał blog. Im dłużej z nim zwlekam tym robi się większy. Dlatego chyba pora się za niego zabrać, zanim objętościowo zacznie przypominać Opowieść wigilijną.
W Internecie toczy się od dawna dyskusja nad czytnikami ebooków. Jedni zachwycają się tym, że są poręczne, wygodne i lekkie. Drudzy płaczą, że nie pachną farbą drukarską, nie szeleszczą i w ogóle są bezpłciowe. Zająłbym jakieś stanowisko, gdyby nie to, że cała ta dyskusja nie ma sensu.
Preferuję książki wydrukowane na papierze. Lubię trzymać je w rękach, przekładać kartki, a po wszystkim trzymać na półce. Lubię do nich wracać po jakimś czasie, czytać od nowa lub fragmentami. Po prostu wolę książki analogowe. Zwłaszcza gdy nie są beletrystyką. Nie wiem ile bym zrozumiał z Nietzschego w formacie pdf. Wiem, że Baudelaire lepiej wchodzi mi z papieru. Z drugiej strony..bawiłem się czytnikiem. I jest naprawdę przyjemny w obsłudze. O wiele przyjemniejszy niż ekran komputera na przykład. A w ten sposób - używając i stacjonarki i laptopa - przebiłem się przez masę książek. Nie czułem żadnego dyskomfortu czytając w ten sposób Browna, Sapkowskiego czy też Fiolet Magdaleny Kozak. W przypadku Fioletu zresztą byłem zachwycony, że nie miałem analoga, bo żal książkę wyrzucić, wstyd komuś sprzedać, a czegoś tak żenującego w życiu nie czytałem. Dlaczego więc nie używać czytnika do takich własnie utworów - nie wymagających specjalnie skupienia i nie budzących dumy na półce?
Kolejna kwestia. Ja osobiście czytam szybko. Nie mam więc szans na wzięcie ze sobą gdziekolwiek książki czy dwóch i zatkanie w ten sposób dwóch tygodni czasu. Czytnik wydaje się wtedy niezastąpiony.
No i najważniejsze. Co za różnica? Obydwa rozwiązania mają swoje wady i zalety. Jedni wolą mieć 3 GB książek w jednym miejscu, a inni 3 metry kwadratowe ściany zawalone literaturą. Stefan lubi się sztachnąć rozdziałem trzecim, a Szczepan schować całego Władcę Pierścieni do kieszeni. Kucowi lepiej się czyta Nietzschego w wydaniu papierowym, a ktoś inny nie widzi różnicy, bo w ogóle ma w dupie Fryderyka, filozofię i zjadłby bułkę z salcesonem.
Tyle w temacie ebooków.
O wiele poważniej przedstawia się sprawa czytania książek. Ostatnimi czasy w sieci pojawił się taki zabawny trend mówienia, że czytanie książek wcale nie czyni kogoś lepszym czy inteligentniejszym.
Ba, pojawia się wręcz kontrofensywa mówiąca, że ludzie czytający się z tym obnoszą. Nigdy jeszcze nie widziałem ludzi obnoszących się zamiłowaniem do literatury. A nawet jeśli spotkałbym kogoś, kto powiedziałby mi, że machnął przez święta Ulissesa i czuje się lepszy od ludzi, którzy przepierdzieli dwa tygodnie na oglądaniu Kevina i śmiesznych kotów w Internecie to tylko przyznam tej osobie rację.Nie da się być inteligentną osobą bez czytania książek. Inteligentna osoba ma wyrobione opinie na wiele tematów, prawdziwy kocioł informacji jakie się siłą rzeczy podczas lektury zdobywa i zwyczajnie umie porozmawiać o wszystkim. Podobnie zabawne są argumenty osób twierdzących, że literaturę da się zastąpić innymi dziedzinami sztuki - jak film na przykład. Pomijam już kwestię rozwijania wyobraźni, zasobu słownictwa czy zwykłej umiejętności poprawnego pisania. Pomijam już kwestię tego, że filmów jest o wiele mniej niż książek, więc i tak będą uboższym źródłem. Zwyczajnie jestem ciekaw jak wiele osób używających argumentu o zastępczych dla książek formach sztuki czy rozrywki widziało takiego Obywatela Kane'a. Albo chociaż Czas Apokalipsy, który zresztą jest filmową adaptacją Jądra Ciemności.
Również jestem ciekaw kto z tego grona regularnie, przynajmniej raz w miesiącu, pojawia się w teatrze, skoro również jest - niby - substytucyjny dla literatury. Podobnie ma się sprawa z rzekomym argumentem odnośnie tego, że ktoś, kto lubi książki historyczne nie dogada się z kimś, kto lubi kryminały. Przede wszystkim większość gatunków w literaturze na swój sposób i tak jest ze sobą zmieszana. Taki cykl Gildia Błaznów Gordona to zwyczajne kryminały, tyle, że osadzone w historii. Drugą kwestią jest to, że każda kolejna książka jaka Wam wpadnie w ręce będzie miała znamiona innych dzieł. Taki świat.
Najzabawniejsze jest jednak to, że w gruncie rzeczy ludzie, których krytykowałem punkt wyżej mają w pewnym stopniu rację. Czytanie jedynie szybkiej i taniej beletrystyki również nie świadczy o inteligencji. Widziałem w swoim życiu naprawdę masę osób, które uważały się za inteligentne, a były głupie jak but. Widziałem w swoim życiu jeszcze większą masę osób, które uważały się za oczytane, a w praktyce nie znały niczego ponad szybkie - przeważnie należące do fantastyki - powieści. Stara szkoła, którą można spotkać w kawiarniach, gdzie czas stanął w miejscu, zwykła mawiać, że pewne rzeczy znać trzeba. Obowiązkowo. Ja tu nikogo nie nakłaniam do Nad Niemnem i tym podobnych kloców. Ja nakłaniam do jakichkolwiek pisarzy. Klasyków, noblistów i niekochanych pijaków. I kopania we wszystkich gatunkach. Nawet po to, by po kilku rozdziałach rzucić czymś w kąt i wrócić do tego po kilku latach, czy też już nigdy nie dotknąć. Za to z prawem do jakiejkolwiek krytyki.