Czyli jak nie zostałem kucharzem. Chaotyczny zbiór anegdot.
Czyli jak nie zostałem kucharzem. Chaotyczny zbiór anegdot. Jakiś czas temu na moim profilu na ask.fm pomiędzy dyskusjami o rudowłosych kobietach, walonkach, miseczkach, alkoholu i rudowłosych kobietach wyrósł temat gotowania. Nie mogłem się powstrzymać i przedstawiłem jedną anegdotę wspominającą moje zmagania ze sztuką kulinarną. A lud zażądał więcej. Na życzenie publiczności:
1. Kurczak Rudego
1. Kurczak Rudego Dwa lata temu spędziłem majówkę u Rudego (w dodatku mającego na imię Andrzej) na działce pod Kielcami. Działka ta to kawałek terenu z cygańskim barakowozem, obok stary bór i rzeczka z bobrami. Wokół mała wieś i dwa sklepiki, gdzie był długopis, 3 rodzaje papierosów, 6 rodzajów piwa, paczka podpasek i butelka mineralnej. Ostatniej nocy, kiedy zostało nas tylko czworo wspaniałych - dwie samice, ja i Rudy - ów kumpel mój, postanowiliśmy pożegnalnie zabawić się na bogato. Zebraliśmy wszystkie pozostałe nam fundusze, za które kupiliśmy kilkanaście win, w tym większość za 4zł/butelka, piw, jakąś butelczynę gorzały, zapas papierosów..i.. tu należy wtrącić dygresję. Przez bite 10 dni żywiliśmy się kiełbasą na wszystkie trzy posiłki. Kiełbasa ta miała tajemniczy proces obróbki - nacinało się ją, oblewało piwem, obsypywało przyprawami, na kij i do ognia. Oczywiście spadała, więc do wody, do piwa, w przyprawy i do ognia. Po czterech takich razach jedliśmy apetycznie przyprawiony węgiel. Chcieliśmy więc odmiany jakąś karkówkę czy coś, ale na tejże wsi jak ktoś miał ochotę na karkówkę, to zabijał jakieś zwierzę z karkiem. My zdobyliśmy więc kurę. A także cebulę, paprykę i 3 kg ziemniaków. Naznosiliśmy drewna. Dziewczyny zaczęły nieśmiało sugerować, że może lepiej będzie, jeśli to one zajmą się mięsem, ale je zgasiliśmy. I siedliśmy nad mięsem. On z maczetą, ja z nożem bojowym, prawie 30 cm długości ostrza. Po dwudziestu minutach znów siedliśmy, ale nad piwem, milcząc. A dziewczynki, zanosząc się histerycznym śmiechem przez łzy, zaczęły naprawiać to, co z kury zostało po próbie ubrania jej w paprykę i nafaszerowania cebulą. Wreszcie..ogień zaczął strzelać w niebiosa, zebraliśmy się wokół niego, na palenisku - naprędce przez nas zrobionym - piekła się kura. Wypiliśmy całe wino. I całą wódkę. I piwo też już nieźle schodziło, a kura wciąż poddawana była obróbce termicznej. W końcu ktoś sobie o niej przypomniał i zdjął ją z rusztu. I.. była surowa. Udało nam się utrzymać w pełnym ogniu przez kilka godzin kurę, która dalej była surowa. Nie przeszkadzało nam to zresztą - wykwintne trunki, jakimi się raczyliśmy, skutecznie ogłupiają kubki smakowe. Czas wesoło i spokojnie mijał, Rudy umarł gdzieś pod drzewem. Uznałem, że rano będziemy głodni i wypadałoby wrzucić te ziemniaki w żar. Fakt, że żarem był w tym przypadku mały ogień, jakoś mi umknął. Niestety, niewiastom zrobiło się chłodno. Gdzież Kuc - rycerski poganin - pozwoli, by kobiety przy nim marzły... Do 7 rano utrzymałem półtorametrowy płomień. Rano..cóż. Rano Rudy znalazł cztery ziemniaki. Z trzech kilogramów. Trzy z nich były zwęglone tak, że palec przechodził przez nie na wylot. A jeden był zwęglony podobnie, tyle że..w środku surowy.
2. Naleśniki Kuca
To już była moja solowa działalność. Swego czasu - jeszcze gdy studiowałem w takim śmiesznym mieście na K, gdzie jest zimno na dworcu - postanowiłem zrobić naleśniki. Nie pamiętam już na cholerę, chyba miały być substytutem tortilli. Po godzinie pracy uzyskałem trzy naleśniki. Z dwóch kilogramów mąki. Jak? Wszystko zaczęło się od produkcji surowca. Jeżeli dobrze pamiętam, potrzebne było mleko, mąka i coś jeszcze. Bogowie nie obdarzyli mnie jednak talentem do czegoś takiego jak proporcje. Stałem więc nad tym garnkiem jak idiota i raz wychodziła mi zupa, a raz beton. Czasem już byłem bardzo blisko. Sęk w tym, że nie złotego środka, a nowej formuły organicznego kleju. W końcu skończyła mi się mąka, mleko i przede wszystkim cierpliwość. Zacząłem formować naleśniki. Do dzisiaj nie wiem, jakim cudem ludziom to wychodzi w jednym kawałku. W moim wypadku część naleśników przywarła do patelni, stając się - na wieki - jej integralnym elementem. Reszta podczas odwracania albo zaczynała rwać się na strzępy, zamieniać z powrotem w zupę, albo uciekała z patelni, chichocząc, i kończyła za lodówką. W dodatku - jak wspominałem - zużyłem do produkcji budulca sporo mleka i mąki, więc podejść miałem niemal nieograniczoną ilość. To skutkowało tym, że po chwili wszystkie garnki, miski, talerze i co tylko się dało wynaleźć w naszej studenckiej kuchni, było wypełnione nieudanymi mutacjami naleśnika. Serio, jeśli chodzi o moje naleśniki, świetnie nadają się do wróżb andrzejkowych. Kształt lepszy od wosku gwarantowany. W końcu - po dłuższej batalii - zapas klejzupy się skończył. Zostałem sam na pobojowisku, otoczony z każdej strony przez wynaturzone naleśniki, jak w jakimś Helmowym Jarze. Uratował mnie cud. Cud nazywał się Ziomuś, ksywę zawdzięczał wzrostowi, który nieco przekraczał 170 centymetrów i zostawianiu majątku w skejtszopach. Akurat wrócił w stanie potocznie określanym mianem gastrofazy i jakimś cudem zdołał pochłonąć wszystkie te nieudane eksperymenty. Co się z nim później działo, przemilczę. Nigdy więcej nie zbliżyłem się do naleśnika. On zresztą chyba też nie.
3. Disco spaghetti
To drugie podejście do gotowania w akademiku. Zarówno ja, jak i Ziomuś byliśmy wzorowym przykładem stereotypowego studenta. Wypatrywaliśmy, jak zresztą wszyscy na naszym piętrze, niczym zagubiony okręt lądu, 5'tego - dnia, w którym wypłacano stypendia. Tęsknotą - choćby nie wiem, jak silną - człowiek się jednak nie wyżywi, więc umilaliśmy sobie ten studencki adwent coraz bardziej karkołomnymi potrawami. Jedną z nich miało być spaghetti. Akurat posiadaliśmy wszystkie składniki, to znaczy makaron, sos i garnek. Każda sąsiadka bez wyjątku przekonywała nas, że to jest idiotycznie proste do zrobienia i nawet tacy ludzie jak my nie są w stanie tego spieprzyć. Zaczęliśmy więc gotować. Kilkanaście minut później wpadliśmy do kuchni jednej z niewiast, która - jak później opowiadała - widząc nasze miny i zachowanie była przekonana, że prowadzimy ją na miejsce wypadku. Problem był jednak o wiele poważniejszy - nie mogliśmy odcedzić makaronu. Nie chciał wyjść z garnka. W końcu poczciwa kobieta, zniecierpliwiona naszą akrobacją (a było w niej coś z cyrku, coś z Jeziora Łabędziego i sporo z dwóch kretynów machających garnkiem), chwyciła za naczynie, przypieprzyła nim dwa razy o kuchenny blat i odwróciła. A później zgłupiała. Jej oczom, naszym zresztą też, ukazała się kula. Idealna, dyskotekowa kula. Z makaronu. Gdy już zrozumiała, na co patrzy, dostała tak histerycznego ataku śmiechu, że nie mam pojęcia, jakim cudem zrozumieliśmy pytanie "A dodaliście oleju do wody czy tylko samą sól?". Po naszym "To trzeba sól?" zaczęła płakać i, wijąc się, uciekła z kuchni. A my..cóż. Pokroiliśmy kulę, oblaliśmy sosem (który w tym czasie zdążył przypalić się tyle razy, że z Bolognese wyszło Wunglonese) i zaczęliśmy jeść. Spaghetti także już więcej nie zrobiliśmy, nigdy.
4. Canapcao - bonus na zakończenie
Pewnie niektórym z Was przemknęło przez myśl 'Ale kanapek to chyba nie jesteś w stanie spieprzyć, Kucu'. Rzecz działa się we Włoszech. Pojechaliśmy tam w ramach wycieczki licealnej, cała nasza wesoła banda. W tym ja i mój bliski kumpel Pora - ironio losu, nosił się jak Ziomuś i był jego wzrostu. Jak przystało na wzorowych i zdyscyplinowanych licealiśtów, natychmiast po podpisaniu regulaminu wycieczki zakazującego m.in spożywania alkoholu, pobiegliśmy do sklepu. Przemierzaliśmy sklepowe alejki, patrząc znudzonym wzrokiem na kolejne baterie wińska, aż nagle naszym oczom ukazała się wódeczka. W dodatku polska wódeczka. Jakimi bylibyśmy patriotami, gdybyśmy nie włożyli jej do koszyka? Nie chcieliśmy jednak wyjść na cebulaków, którzy pytają o schabowe podczas wakacji w Tunezji i przy samej kasie dokupiliśmy butelkę Blue Curaçao z myślą, że będziemy robić shoty znane powszechnie jako Kamikaze. Ta..shoty. O czwartej nad ranem mieliśmy świetne humory, pół butelki Curaçao i ani kropli wódki. Tyle wyszło z tego robienia drinków, że najpierw nikomu nie chciało się ich robić, a później solidarnie uznaliśmy, że prawdziwy facet pije tylko czystą. Jedyne, co psuło nam nieco nastrój, to świadomość, że za trzy godziny jedziemy na wycieczkę do Gardalandu, gdzie przez cały dzień nasze skacowane żołądki będą wystawiane na przeciążenia i inne uroki rollercoasterów. Słusznie przeczuwając, że poranek będzie brutalny, postanowiliśmy zrobić kanapki - jako lekarstwo na kaca i prowiant na cały dzień jednocześnie - od razu, póki stoimy na nogach. Pora chwycił więc za chleb, ja za jakiś baleron i manufaktura ruszyła. Czasem coś nam nie do końca pasowało, ale tempo roboty było pierwszorzędne, jak w chińskiej fabryce smartphone'ów. W którymś momencie okazało się, że kanapek mamy na oko dla dwudziestu chłopa, a nie pięciu siedemnastolatków i można iść spać.. ..rano czekał na nas koszmar. Najpierw zaspaliśmy. Później dotarło do nas, że słodki likier po wódzie to samobójstwo i kac ledwo pozwalał nam ruszać powiekami. W międzyczasie Pora - którego wciąż trzymało - zaczął krzyczeć, że umiera. Jak się okazało, ten cholerny likier w pewnym stężeniu jest hmm..niebieski dwa razy. Głodni i skacowani ruszyliśmy do autokaru kurczowo trzymając papierowe torby z tymi cholernymi kanapkami. Dlaczego cholernymi? Jak się okazało, obydwaj - ja i Pora - cięliśmy na wszystkie strony, tylko nie prosto czy równo. Taka kromka chleba z jednej strony miała grubość rzędu pół centymetra, a z drugiej centymetrów było pięć. Albo i siedem. Tak samo stała sprawa z tym nieszczęsnym baleronem. Jeśli miało się szczęście, człowiek jadł mięso z minimalnym dodatkiem chleba. Jeśli jednak przy losowaniu kanapki pojawiał się pech - nieszczęśnik był skazany na żucie krzywej pajdy chleba jak jakiś koń. Od tamtej pory kanapek też nie lubię.
Najgorsze jest to, że jak się tak człowiek porządnie zastanowi, to tych historii jest więcej.
Najgorsze jest to, że jak się tak człowiek porządnie zastanowi, to tych historii jest więcej.